Zakończenie sezonu wakacyjnego i pierwsze dni w szkole naszych pociech mogłyby oznaczać, że temat ubezpieczeń turystycznych jest już mocno spóźniony. Mogłoby… Gdyby nie to, że jak co roku gorący tercet czerwiec-lipiec-sierpień rzuca nam pod nogi prawdziwe perełki – gotowe i czekające na realizację przez magnatów ubezpieczeniowych pomysły na rozszerzenie polis turystycznych. Z przymrużeniem oka, a jednak na faktach – skargi, wnioski i zażalenia zasłyszane w jednym ze stołecznych biur podróży – OD CZEGO NIKT POLAKA NA WAKACJACH NIE UBEZPIECZYŁ?

„Kolor plażowych leżaków nie współgrał z kolorem bikini…”

Otóż wygląda na to, że żaden z ubezpieczycieli nie wziął pod uwagę, że należałoby pani Jadwidze zapewnić polisę gwarantującą zwrot ¼ kosztów urlopu spędzonego na tunezyjskiej Djerbie na wypadek, gdyby okazało się, że “kolor plażowych leżaków i parasoli zdecydowanie odbiegał od przedstawionego na zdjęciach w katalogu i na stronie organizatora”. Tym samym kolorystyka bikini pani Jadwigi, zakupionego specjalnie na okazję tunezyjskich wakacji, zupełnie nie współgrała z barwami plażowego serwisu. Efekt? Urlop zmarnowany, zdjęcia z plaży wstyd na Instagramie opublikować, a mimo to reklamacja złożona w biurze podróży odrzucona.  Zamiast udanych wakacyjnych wspomnień zostają tylko złość i żal. 

„W TV brak było jakiegokolwiek polskiego kanału”

Brak oferty odpowiedniego ubezpieczenia, takiego nazwijmy go roboczo “Patriotycznym Ubezpieczeniem od Braku Polskości”, zmarnował też możliwą satysfakcję z urlopu niejednego pana Mariana. Wakacje „all inclusive” na Riwierze Tureckiej wykupione? Wykupione. Miało być wszystko w tym „all inclusive”? Ano miało. I co? I już pierwsze 15 minut pobytu w niby pięciogwiazdkowym hotelu rozczarowaniem daje panu Marianowi w twarz. Odbiera kartę do pokoju na eleganckiej recepcji, kroczy dumnie z walizką pełną kabanosów (tak na wszelki wypadek) przez świetliste lobby, wkracza do pokoju, przekłada do lodówki zapasy zakupione na lotniskowej wolnocłówce (bo wiadomo, że “Turki takiej wódki jak rodzima polska, to nie zrobią”) i porywa w dłonie pilota. Długo wyczekiwany urlop przecież czas zacząć. A tu… szok i konsternacja – w telewizji brak jakiegokolwiek polskiego kanału! Nic! Nawet TVP Polonia – a to już trochę skandal!

Najbardziej kuriozalne skargi polskich turystów

„Nie było ani razu schabowego i klusek śląskich”

Nic to, nie będzie się Polak tak od razu zniechęcał. Napisze się reklamację po powrocie i będą pieniążki na jakieś „last minute” w październiku – Marian nie w ciemię bity jest, po świecie jeździ, to i na tabelach frankfurckich się wyznaje, ha! Niezrażony więc zamierza oddać się wreszcie beztroskiemu wypoczynkowi, ale… z dnia na dzień lista rozczarowujących zdarzeń i przypadków rośnie. Bo „all inclusive” miało być, a “przez cały tydzień nie było ani razu schabowego i klusek śląskich w żadnej z czterech restauracji”. Ośmiorniczki, kraby, kebaby i inne stwory niejadalne – owszem! – a normalnego do jedzenia po prostu nic! Całe szczęście, że przezorność iście polska kazała jednak te kabanosy z ojczyzny przytaszczyć.

Animacje miały być… “kuriozalne aerobiki wodne i jakieś zumby” to i owszem, były, ale polskiego akcentu w postaci nutki Zenka Martyniuka Marian przez siedem bitych dób hotelowych nie zasłyszał. Siedzi teraz pan Marian w samolocie powrotnym do Warszawy i jedyne z czego się cieszy, to myśl o reklamacji, którą napisze. Oj napisze zaraz następnego dnia – na to biuro podróży, na ten hotel, na to „all inclusive” oszukane.

„Małżonek nieco zbyt rubasznie śmiał się i podrywał kelnerki”

Śmiało można założyć, że w tym samym samolocie podobne myśli kołaczą się  po głowie pani Haliny, której palmy widok na morze przesłaniały. I pani Ani, której nie w smak były “zbyt mocne drinki serwowane przez hotelowych barmanów, po których mój małżonek nieco zbyt rubasznie śmiał się i podrywał kelnerki”. Do tego całe to hałasujące po nocach towarzystwo…

Kwestia głośności szczególnie powinna zainteresować firmy ubezpieczeniowe. Dlaczego? Bo już pal sześć dyskotekowe hałasy w hiszpańskim Lloret del Mar czy w cypryjskiej Ayia Napie – to każdy Polak zrozumie, na to był przygotowany. Ale co w przypadku, kiedy “fale oceanu zbyt głośno rozbijają  się o brzeg na Maderze” i nie da się spać? Kiedy “uporczywe, codzienne śpiewy muezzina od samego świtu” nie dają odpocząć? Kiedy “pianie koguta z pobliskiej wioski każdego dnia” budziło pana Janusza, który na maleńkiej greckiej wysepce miał się przecież zrelaksować?

„Piasek zbyt miałki wszędzie właził”

Kolejnym niedopatrzeniem w zakresie  polis turystycznych okazuje się faktura, grubość oraz barwa piasku na plażach, z których coraz częściej wracamy do cna rozczarowani. “Zbyt miałki” piasek w Bułgarii – wszędzie włazi, nie wspominając już o tym, że ciężko się po nim chodzi. “Zbyt gruby i żwirkowaty” na Sycylii – w stopy drapie, kłuje, dzień po dniu zabija udany wypoczynek. “Zbyt czarny” na nieszczęsnych Kanarach – „brudzi ręcznik i dzieciom rączki”. Co bystrzejsi turyści zorientowali się też, że „nagrzewa się szybciej niż normalny biały i w stopy bardziej parzy”. Jakby nie patrzeć – wakacje zmarnowane.

„Nikt nie uprzedził nas, że oni tam aż tak goli będą”

Co jeszcze może zmienić w koszmar plażowanie polskiego turysty? Odpowiedź na to pytanie ma Pani Ania i jej mama, które tegoroczny urlop postanowiły spędzić na Fuerteventurze… No bo niby w ofercie w katalogu i na stronie biura podróży napisano, że w pobliżu hotelu znajduje się plaża nudystów, ale “nikt jednak nie uprzedził nas, że oni tam aż tak goli będą”.

Przykłady podobnych “zaniedbań” ze strony ubezpieczycieli można by zapewne mnożyć w nieskończoność i to całorocznie. Coraz częściej decydujemy się na słoneczny urlop na Bali w listopadzie lub styczniowy odpoczynek w magicznej Tajlandii. Co więc pozostaje nam, bezradnym turystom, w sytuacji, gdy nikt jeszcze odpowiednio wszechstronnej polisy nie stworzył? – Zadbajmy o to, by ubezpieczenie turystyczne sfinansowało nam pobyt w porządnym szpitalu, zapewniło bilet powrotny do domu i pokryło koszty rezygnacji z wyjazdu. To takie podstawowe “must have” dobrej polisy na wyjazd  – radzi Bartłomiej Roszkowski z mfind. Resztę zostawmy w rękach specjalistów ds. ubezpieczeń.