Kalkulator OC i AC - szybki i dokładny
do 76 ofert ubezpieczenia

Porównaj i oszczędź nawet 517 zł na OC
5 minut wypełniania formularza
pełne, wiarygodne porównanie nawet 76 ofert
możliwość zakupu online każdej oferty

  • Proama
  • Link4
  • Liberty
  • PZU
  • Gothaer
  • AXA
  • Aviva
  • Benefia

„Polak lubi być oszukiwany”. Szczera rozmowa ze sprzedawcą używanych samochodów

Sprzedawca używanych samochodów w rozmowie z mfind zdradza tajniki swojej pracy
mfind.pl

CZYTAJ TEŻ: NAJCZĘŚCIEJ SPROWADZANE SAMOCHODY. KTÓRE AUTO WYBRAĆ? SUBIEKTYWNY RANKING MFIND

Czy polscy kierowcy naprawdę są tak naiwni?

Zacznijmy od tego, że Polak lubi być oszukiwany. Nie chce zauważyć wielu wad swojego wymarzonego samochodu. Tego, że jest nieudolnie naprawiony przez domorosłego blacharza. Wycieków z silnika też nie chce widzieć. Za to widzi – oczyma wyobraźni – jak jego nowego nabytku będą mu zazdrościć sąsiedzi/rodzina/koledzy z pracy (niepotrzebne skreślić). A handlarze tylko na te potrzeby odpowiadają.

Czego w takim razie szukają ci, którzy na zakup auta mają kilkanaście tysięcy złotych? Wydawać by się mogło, że za takie pieniądze kupuje się po prostu środek transportu, a nie jakieś „marzenia” czy „prestiż”.

Siedzę w tym biznesie już ładne kilkanaście lat i mało co mnie jeszcze zaskakuje, ale niedawno miałem taką historię: Większość samochodów w moim komisie sprowadzam z Niemiec, rzadziej np. ze Szwajcarii. Pozostałe to z reguły auta pozostawione w rozliczeniu. Więc gdy znajomy zadzwonił do mnie z propozycją odkupu kilku samochodów po leasingu czy wynajmie długoterminowym niespecjalnie widziałem w tym interes. Dlaczego? Były to przede wszystkim Ople. A przecież Polacy najbardziej cenią sobie Volkswageny, jest spora grupa miłośników marek japońskich. Ale Opel? Nie, posiadanie Opla to żaden prestiż. Jednak znajomy zapewniał, że to naprawdę okazja. I przekonał – na próbę kupiliśmy pięć Astr kombi i dwie Insignie. Cena rzeczywiście była niezła. Gdy auta przyjechały, trochę je podpicowaliśmy, zrobiliśmy zdjęcia i wstawiliśmy na stronę internetową.

Tego, co się działo potem, naprawdę się nie spodziewałem. Stawiałem na to, że Astry pójdą szybko, a Insignie trochę na klienta poczekają. Ależ się myliłem – jeszcze tego samego dnia rozdzwonił się telefon. Ale nie w sprawie Astr, tylko Insigni! Fakt, wystawiłem samochody w cenie, która była raczej w dolnej strefie dla tego rocznika, ale miały one przecież spory przebieg. Pierwsza z Insigni sprzedała się dosłownie w ciągu godziny, a nowy właściciel (z Przasnysza jeśli dobrze pamiętam) wziął ją częściowo na kredyt (dla mnie dodatkowy zarobek). O drugą toczyła się niemal licytacja – przyjechały dwie rodziny, obie dziwnym trafem z miejscowości położonych jakieś 100 km na wschód od Warszawy.

Insignia

A, najlepsze było to że wszyscy cmokali, jakie to piękne aluminiowe felgi w tych Oplach. A to przecież najzwyklejsze kołpaki na specjalnie podciętych „stalówkach”. Opel to nazywa… „felgi strukturalne”.

Astry się sprzedały?

Ech, szkoda gadać. Stały u mnie na placu chyba z pół roku. Czasem ktoś zadzwonił, zapytał, rzadko ktoś obejrzał. W końcu się sprzedały. Nie powiem, że do nich dołożyłem, ale już wiem, że następnym razem wezmę same Insignie. Raz że się sprzedały momentalnie, a dwa – lubię jak na placu jest rotacja. Aa, jeszcze jedno – jak już Insignie pojechały z nowymi właścicielami dzwonił jakiś facet i jak się dowiedział, że już sprzedane – dosłownie wpadł w szał. Jak to sprzedane, jak on te ogłoszenia zobaczył pierwszy i ma do komisu 3 km, więc jakim prawem ktoś je kupił. Normalnie film można byłoby nakręcić o takich „kupcach”.

W internecie nie brak historii o ludziach, którzy kupili sprowadzony samochód z Niemiec i mają umowę z jego dawnym właścicielem, którego nie widzieli nawet na oczy, bo auto kupowali od polskiego handlarza. Spotkał się pan z taką praktyką?

W odróżnieniu od wielu moich kolegów po fachu ja sprzedaję właściwie wyłącznie samochody już zarejestrowane w Polsce. Z tablicami tzw. wyjazdowymi są tylko problemy. Nie dość, że swoje kosztują, do tych z czerwonym paskiem auto musi mieć niemiecki przegląd, a „żółte” kończą się po pięciu dniach. Poza tym klient zupełnie inaczej patrzy na auto. Samochody rejestruję w jednej z gmin na zachodzie Polski. Wszystko trwa bez porównania szybciej niż w dużym mieście, a dodatkowym atutem są niskie stawki OC. A nowy właściciel bez żadnych kombinacji może wracać autem do domu na kołach.

Kręcenie przebiegów” – konieczność czy sposób na lepszy zarobek?

Raczej po prostu jest to łatwe. Raz, że drogi na Zachodzie są lepsze niż u nas, więc można śmiało w ogłoszeniu napisać „nic nie stuka, nic nie puka”. Dwa – takie auto nie było jeszcze w Polsce na przeglądzie, więc bez problemu można dokonać korekty licznika. Ja bym tego nie robił, bo czym różni się auto z przebiegiem 200 tys. km od takiego z 400 na liczniku? Prawie niczym.

przebieg

Co ciekawe, zdarzają się też sytuacje przeciwne – np. gdy auto z Niemiec ma 10 czy więcej lat i śmieszny przebieg, typu 50 tys. km. Choć w środku wygląda jak nowe wszyscy oglądający kręcą nosem – „Eee, z tym skręcaniem przebiegu to pan przesadził”. Kiedyś, dawno temu, miałem takiego VW Golfa II. Naprawdę idealne auto, od starszego pana, który jeździł jakieś 5 tys. km rocznie. Mimo dobrej ceny za nic nie chciał się sprzedać. Więc podkręciłem przebieg o jakieś 30 czy 40 tys. km w górę i od razu poszedł.

Czy dużo zdarza się samochodów bardzo rozbitych, które się naprawia byle jak, byle dobrze wyglądały?

Chcę podkreślić jedno – choć wiem, że zdarzają się u handlarzy samochody zespawane z dwóch części, ja takich aut nie sprzedaję. Mniejszy lub większy „dzwon” to co innego. Ale taki, by auto dało się naprawić. Mam niezłego blacharza i lakiernika, oni potrafią wyprowadzić na prostą prawie wszystko. I nie mają takich stawek jak spece z ich branży w Warszawie czy innym dużym mieście. Miałem kiedyś takiego Passata po lekkich przejściach. B5 TDI, cudeńko. Został naprawiony i polakierowany. Niestety dziś spora część klientów ma czujniki grubości lakieru i bez problemu takie naprawy wyłapuje. Więc Passat stał na placu i czekał. Aż w końcu pojawił się człowiek, który nie miał czujnika, ale zauważył że auto było lakierowane. I co? Kupił bez targowania. Ba, stwierdził, że to zaleta, bo auto dłużej będzie się ładnie prezentować. Takich klientów to ja lubię!

Redaktor naczelny portalu Motofaktor.pl, związany z branżą motoryzacyjną od kilkunastu lat. Ekspert w dziedzinie niezależnego aftermarketu. Propagator ekojazdy, zwycięzca klasy w Superteście Ekonomii w 2012 roku. Po godzinach: gracz komputerowy, były e-sportowiec.

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
wpDiscuz