mfind.pl

Bank, agent ubezpieczeniowy, a może dwa w jednym?

Jeśli jesteś kredytobiorcą, to prawdopodobnie nie są Ci obce formalności związane z koniecznością zawarcia ubezpieczenia „pod kredyt”, które przy wysokich kwotach może być wymagane przez bank. Pół biedy, jeśli bank pozostawia dowolność przy wyborze ubezpieczenia albo jedynie poleca ten zakład ubezpieczeń, u którego możesz ubezpieczyć się szybko (ocena ryzyka może potrwać w skrajnych przypadkach nawet kilka tygodni) i za przystępną cenę. Gorzej, jeśli kredytodawcy udaje się „wcisnąć” ubezpieczenie prosto z banku.

Do niedawna sytuacja w bankach wyglądała następująco – bank zawierał z firmą ubezpieczeniową grupową umowę ubezpieczenia. Ubezpieczonymi w takiej polisie byli kredytobiorcy. Bank był więc stroną umowy a jednocześnie pobierał prowizję za każdego swojego klienta, który do ubezpieczenia przystąpił. Kredytobiorcy byli więc na straconej pozycji, bo zgodnie z prawem jedynie ubezpieczający (bank) miał prawo występować jako strona w sporach z ubezpieczycielem.

Zmieniła to wprowadzona w kwietniu rekomendacja U wydana przez Komisję Nadzoru Fiansowego. Obecnie proponowane w bankach polisy mają charakter indywidualny. Udało się zatem zlikwidować jedną patologię. Niestety nadal ubezpieczenie w banku może być zmorą dla kredytobiorcy ze względu na nieprawidłowości w przedstawianiu oferty przez bankowych pracowników. Doradca bankowy niekonieczenie sprawdzi się jako doradca ubezpieczeniowy, dlatego lepiej pomyśleć o zabezpieczeniu pod kredyt bezpośrednio od zakładu ubezpieczeń.

Czytaj także: Uwaga na ubezpieczenia w bankach: pracownicy nie wiedzą, co sprzedają

W bankach można zakupić również ubezpieczenia inwestycyjne – polisy z funduszem kapitałowym, polisolokaty czy produkty strukturyzowane. Ubezpieczyciele biją się bowiem o bardzo duży potencjał, który tkwi w milionach klientów z różnych banków. Obszar bancassurance coraz częściej jest jednym ze strategicznych obszarów firm ubezpieczeniowych.

Przyjdź po smartfona, wyjdź z ubezpieczeniem

Telefony komórkowe, które dziś są praktycznie urządzeniami wielofunkcyjnymi, to coraz częstszy obiekt ubezpieczeń. Trudno się temu dziwić – smartfony z górnej półki to wydatek nawet 2-3 tys. złotych. Ich ceny oczywiście są niższe, jeśli telefon kupuje się wraz z abonamentem, jednak nadal mogą być wysokie. Dlatego do oferty operatorów sieci komórkowych na stałe zagościła możliwość ubezpieczenia multitaskowego urządzenia. Przy zakupie telefonu możesz więc ubezpieczyć go od zniszczeń mechanicznych (których nie obejmuje gwarancja producenta), kradzieży lub zaginięcia czy nieuprawnionego użycia przez osobę trzecią, która np. ukradła telefon a zanim zdążyłeś zablokować kartę SIM nabiła rachunek na kilkaset złotych.

Czytaj także: Ubezpieczenie telefonu – gdzie można wykupić i przed czym chroni

Ceny ubezpieczeń są różne w zależności od rynkowej wartości telefonu i wybranego pakietu. Nie są jednak nominalnie wysokie – najdroższe polisy chroniące smartfona to wydatek 25-30 zł miesięcznie. Rozliczenie szkody najczęściej jest bezgotówkowe – zniszczony aparat zostaje naprawiony, a skradziony wymieniony na nowy.

Oczywiście operator jest tutaj jedynie pośrednikiem w sprzedaży usług ubezpieczeniowych, które są produktami towarzystw. Wyjątek stanowi oferta T-Mobile, który sam jest dostawcą usługi. Przez to firma trafiła zresztą na listę ostrzeżeń publicznych Komisji Nadzoru Finansowego, zdaniem której operator wykonywał działalność ubezpieczeniową bez odpowiednich zezwoleń. T-Mobile odpierało zarzuty, tłumacząc, że oferta nie jest stricte ubezpieczeniem a przedłużeniem i rozszerzeniem gwarancji. Oferta jednak nadal jest dostępna a postępowanie sądowe trwa.

Czytaj także: T-Mobile wylądował na czarnej liści KNF za ubezpieczenie telefonów. O co tyle krzyku?

Włączamy niskie ceny… i dodajemy polisę

Skoro można ubezpieczyć smartfony to czemu nie inne sprzęty z segmentu RTV/AGD? Ubezpieczenie szeroko rozumianej elektroniki również zyskuje na popularności. Niemal wszyscy potentaci sprzedaży sprzętu elektronicznego w Polsce oferują do zakupu ubezpieczenie. Najpopularniejsze dotyczy przedłużonej gwarancji. Standardowo gwarancja udzielana na sprzęt to dwa lata (w przypadku wystawienia faktury – rok). Jednak zapewne zdarzyło Ci się podczas kupowania telewizora, kina domowego czy lodówki usłyszeć od sprzedawcy pytanie, czy jesteś zainteresowany przedłużeniem gwarancji np. do 5 lat. To przedłużenie gwarancji jest tak naprawdę ubezpieczeniem.

Polisy na sprzęt RTV/AGD działają na takiej samej zasadzie jak ubezpieczenia telefonów. Ceny przedłużonej gwarancji nie są wysokie, ale jeśli założyć, że tylko co dziesiąty kupiony sprzęt jest ubezpieczany, to w skali roku dochody zarówno sprzedawcy jak i zakładu ubezpieczeń z tytułu takich polis mogą stanowić pokaźną sumę. A wysiłek i koszty takiego przedsięwzięcia nie są wysokie. Wystarczy, że sprzedawca przekona do ubezpieczenia a klient podpisze umowę.

Jakoś tak wychodzi, że elektronika i ubezpieczenia przenikają się od dawna. Samsung – dziś jeden z największych producentów sprzętów RTV/AGD zaczynał swoją działalność właśnie od sprzedaży ubezpieczeń. Z kolei inna japońska firma Sony, jedyne zyski, jakie odnotowuje w ciągu ostatnich kilku lat w swoim ojczystym kraju, to te wynikające ze sprzedaży ubezpieczeń, a nie sprzętu elektronicznego.

Poproszę gazetę, gumę do żucia i OC

O ile do propozycji zawarcia ubezpieczenia w bankach, sklepach z elektroniką czy u operatorów telefonii komórkowej powoli się przyzwyczajamy, to sprzedaż ubezpieczeń w niektórych miejscach może zaskakiwać. Takim zaskoczeniem była niewątpliwie informacja, że polisę OC można kupić w… kiosku Ruchu. Pomysł funkcjonuje od września zeszłego roku i obejmuje już ponad 400 kiosków. Można w nich kupić ubezpieczenie komunikacyjne przygotowane przez Towarzystwo Ubezpieczeniowe Benefia S.A., które wchodzi w skład Vienna Insurance Group (podobnie jak Compensa czy InterRisk).

Aby kupić OC przy okazji drobnych zakupów wystarczy mieć przy sobie dowód rejestracyjny pojazdu, na który ubezpieczenie ma obowiązywać. Dzięki systemowi, który zaczytuje zawarty na dowodzie rejestracyjnym kod QR, generowana jest spersonalizowana oferta polisy drukowana na paragonie fiskalnym. Klient może zawrzeć umowę od razu albo przeanalizować ją w domu. Po zakupie dowodem ubezpieczenia jest paragon.

Na razie właściciele sieci kiosków nie ujawniają wyników finansowych z tego przedsięwzięcia, jednak lektura wywiadów pozwala domniemać, że pomysł nie zostanie wycofany, chociaż Polacy na pewno nie porzucą z dnia na dzień swoich agentów ubezpieczeniowych dla kioskarzy.

„ Klienci przyzwyczaili się już do tego, że w internecie lub u multiagenta mogą porównać ceny OC i wybrać najtańsze lub najlepsze rozwiązanie, w zależności od potrzeb. Zakup ubezpieczenia w kiosku jest wygodny, ale oferuje go tylko jedno towarzystwo, zatem klient nie ma jak porównać cen. Dlatego nie sądzę, aby takie rozwiązanie zrewolucjonizowało sprzedaż ubezpieczeń” – ocenia Edyta Skórka, ekspertka porównywarki ubezpieczeń mfind.

Listonosz też agent

Poczta Polska również nie chce pozostawać w tyle, widząc, że inne instytucje „dorabiają” działalnością ubezpieczeniową. Dlatego od jakiegoś czasu listonosze pełnią również funkcje agentów Pocztowego Towarzystwa Ubezpieczeń Wzajemnych. Przy okazji dostarczania awiza mogą sprzedać pełne ubezpieczenie komunikacyjne (OC, AC, NNW). Ponadto w placówkach pocztowych można ubezpieczyć dom i mieszkanie. Co ciekawe, do oferty ubezpieczyciela mają wejść również polisy rolne i turystyczne.

Poczta ma całkiem niezły biznesplan – swoją ofertę kieruje głównie do mieszkańców mniejszych miejscowości, do których najwięksi ubezpieczyciele nie docierają. Z kolei koszty prowadzenia takiej działalności nie powinny znacząco obciążyć budżetu poczty – nie ma bowiem potrzeby zatrudniać nowych pracowników, wystarczy odpowiednio przeszkolić listonoszy i pracowników w okienkach.

Sprzedaż wiązana ma ogromny potencjał

Czy ubezpieczycielom opłaca się wchodzić w komitywę ze sprzedawcami zupełnie innych dóbr i usług? Zdecydowanie tak. Niewielkim nakładem można pozyskać wielu klientów. Niskie składki ich zachęcają a summa summarum może okazać się, że kilkaset „małych” polis może generować większe zyski niż kilkadziesiąt pakietów komunikacyjnych czy polis inwestycyjnych.

Po pierwsze, dystrybucja takich ubezpieczeń jest tania. W zasadzie jedyny koszt to prowizja dla pośrednika sprzedaży. W przypadku polis na życie czy ubezpieczeń OC do kosztów dochodzą wszystkie czynności operacyjne, przez co okazuje się, że dla zakładu ubezpieczeń umowa ubezpieczenia staje się rentowna dopiero w 2-3 roku jej trwania.

Po drugie, towarzystwa ubezpieczeniowe, dzięki sprzedaży wiązanej, zyskują wciąż nowych klientów. Jeśli zatem Kowalski ma ubezpieczenie telefonu w jakimś towarzystwie i nie zawiódł się na jego działalności, to jest duża szansa, że zdecyduje się na niego również przy okazji ubezpieczania samochodu czy mieszkania.

Po trzecie, ubezpieczenia w nietypowych miejscach mogą być korzystne dla wszystkich – zakładu ubezpieczeń, który pozyskuje nową bazę klientów, sprzedawców, którzy otrzymują z tego tytułu prowizję i dla klientów, którzy nie chcą marnować czasu na szukanie ubezpieczenia dla nowego laptopa czy telewizora. Ubezpieczyciele to dostrzegają, dlatego miejsc, gdzie można kupić ubezpieczenie, będzie coraz więcej, a taka forma sprzedaży będzie jednym z priorytetów w strategii zakładów ubezpieczeń w najbliższych latach. Pozostaje nam zatem czekać aż do zamówionego hamburgera i coli, zamiast pytania o frytki usłyszymy „a może poliskę do tego?”.